Marek Raduli - czytenia: 
 teksty, artykuły i wywiady
Się dzieje CZYTELNIA SPRZĘT GITARY PŁYTY GALERIA Po godzinach
Czytelnia - wywiady i rozmowy


Gazeta Towarzyska HADES, nr 29, Lublin, marzec-kwiecień 1997



Marek Raduli i jego "Meksykański Symbol Szczęścia"

Dobrodziejstwa gitarowych tras

  Marek Raduli na koncertach z Budką Suflera zwykł ogłuszać mniej zahartowanych słuchaczy. Stuprocentowy rockman znany nielicznym jako miłośnik jazzu i form pokrewnych czasem wyłamuje się ze stylistycznego monolitu przypisanego lubelskiej supergrupie...

  Wieloletni sideman po odbyciu obowiązkowej służby u znakomitych solistów zdecydował się pójść własną drogą, co nie oznacza, że zrezygnował ze współpracy z legendarną Budką. Wręcz przeciwnie. Jeśli drogi prowadzą w jednym kierunku, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie, aby przez chwilę pomaszerować tym drugim szlakiem, chociaż nie samotnie.

  Kiedy pod koniec 1996 roku ukazała się debiutancka płyta mężczyzny z uśmiechem i gitarą, już od pierwszych dźwięków "Meksykańskiego Symbolu Szczęścia" nabrałem pewności, że nie rockowa fraza będzie tu wszechobecna, a po prostu muzyka właściwa Markowemu postrzeganiu nut.

  Sporo tu barw i odcieni rodem z afrykańskich, horyzontalnych przestrzeni, kilka diabelskich zagrywek, przyjacielskich pojednań basu i gitary, delikatnych grymasów oraz ukłonów w stronę czyściutkiego jak okowita na mrozie - funky pani Hanki. Jest także końcowy sen, wyśpiewany - choć z zupełnie innej bajki.

  Są dobrzy znajomi; nieobliczalny Wojtek Pilichowski, jak zwykle perfekcyjny Zbyszek Lewandowski, chwilami nieco rozmarzony Mieczysław Jurecki, wiecznie wędrujący Piotr Sztajdel i paru innych gentelmanów, o których z pewnością wiele jeszcze usłyszymy. A muzycznie płyta powinna dotrzeć do bardzo szerokiego grona odbiorców. Jazzmani znajdą kilka frapujących dźwięków, zaś sama postać lidera pociągnąć może fanów rocka. I dobrze, bo takich kompozycji nam od czasu do czasu potrzeba.

  Odbył się także przedpremierowy koncert. Wprawdzie trzynastego i w piątek, z tremą i obawami, ale udany, przy pełnej sali wyczulonych uszu. Następnego dnia, zebrany w sobie, [chociaż] nie do końca "pozbierany" Marek odpowiedział na pytania, które zapisane wydają się bardziej łagodne i okrągłe niż w rzeczywistości.

- - -

Paweł Wądołowski: Czy po tylu latach pozostawania w cieniu innych muzyków czujesz, że jesteś przygotowany na podjęcie osobistych wyzwań? Czy koncert był dla Ciebie próbą sił jako lidera własnego zespołu?

Marek Raduli: Bardzo się tego obawiałem. Nie wiedziałem czy będę w stanie utrzymać, poprowadzić i jakby spiąć klamrą temat związany z nagraniem płyty i przedstawieniem jej w formie koncertowej.

PW: Album został nagrany, a koncert?

MR: Miałem pewne obawy i były ku temu powody. Nie wszyscy muzycy byli z Lubina. Goście zapraszani przyjechali na "pięć" minut przed imprezą i zorganizowanie tego przedsięwzięcia od strony technicznej zabrało mi więcej energii, sił i czasu, niż samo wykonanie muzyki na scenie. Trochę rzeczy mi się posypało. Kilka utworów udało się odtworzyć niemal wiernie. Myślę, że nastrój budowany był w miarę jak pojawiali się zaproszeni goście, nabierał rumieńców i atmosfera z czasem stawała się bardziej gorąca. Niemniej, po koncercie byłem w szoku!!! Poza tym, wziąłem na swoje barki dużą odpowiedzialność za młodych ludzi, którzy brali udział w tym przedsięwzięciu. Przygotowanie spektaklu z muzyką instrumentalną to jednak jest zupełnie inna formuła, do której jestem przyzwyczajony, czyli granie pod skrzydłami kogoś, na kim spoczywał obowiązek bycia w centrum uwagi. W HADESIE uświadomiłem sobie, że tym razem rola frontmana należy do mnie i prawdę mówiąc, trudno mi było w pierwszych trzech utworach, ale później już było znacznie lepiej.

PW: Zależy, ci na tym, aby być postacią pierwszoplanową?

MR: Ja chyba nie bardzo garnę się do tego, żeby mieć tzw. parcie do sławy i związanych z tym obciążeń. Może już jestem przygotowany, ale nie jestem przekonany czy mam wewnętrzną ochotę. Lubię grać, jednak granie to bodaj najprostsza z tych wszystkich rzeczy związanych z opracowaniem i przygotowaniem koncertu.

PW: Co sądzisz o traktowaniu muzyki w sposób użytkowy? Czyli ktoś np. w radiu czy w telewizji wykorzystuje twoje utwory w tle rozmowy lub pokazując jakieś obrazki?

MR: Muzyka jest dziedziną sztuki, która jest formą użytkową. To nie jest coś takiego, że są ściśle określone ramy i warunki słuchania w taki sposób jak na przykład z fajką i w bujanym fotelu głaskając psa. Muzyka to środek przekazu wrażeń, emocji - taki, że każdy może sobie wybrać w zależności od swoich potrzeb czas i moment korzystania z dobrodziejstw dźwięków. Można pozostawać zupełnie obok. Można się delektować. Niektórzy przy "Uwerturce" czytają książki, przy "Dakocie" przeżywają jakieś piękne chwile związane z poznaniem. Jest tutaj pełna dowolność. Muzykę powierzyłem słuchaczowi i każdy ma prawo zrobić z nią, co zechce!

PW: Czy nie sądzisz, że jak na debiutancką płytę to trochę późno?

MR: Lepiej późno niż wcale. Widocznie taki czas teraz przyszedł. Prawdę mówiąc, do tej płyty byłem przygotowany od paru lat. Długo zajęło mi zebranie materiałów, ale wcześniej zajęty byłem pracą, edukacją, przygotowaniem siebie i swojej psychiki do tego żeby stworzyć nie tylko płytę, ale i własny zespół.

PW: Czy zatem poza pierwszym koncertem będą kolejne?

MR Nie widzę innej możliwości. Dotychczas to były jedynie przymiarki, ale wkrótce grupa powinna być już zupełnie zgrana i wtedy dopiero będę mógł delektować się muzyką i pozwolić sobie na choćby odrobinę zapomnienia.

PW: Czego życzę ci gorąco!

MR: Dzięki. Do następnego spotkania.

PW: Dziękuję za miłą pogawędkę!

Rozmawiał Paweł Wądołowski


 Gazeta Towarzyska HADES - winieta'97

 Gazeta Towarzyska HADES, nr 29, III-IV 1997, "Meksykański Symbol Szczęścia"

Gazeta Towarzyska HADES, nr 29, marzec-kwiecień 1997, s. 20-21

 Lubelski klub HADES - logo


(opracowanie - jkw)

Co się działo - na osobnych stronach, rok po roku - szukaj w  Kronice wypadków muzycznych...
 góra strony
<<<  Strona główna witryny Marka Raduli  |  Mapa witryny  |  Sprzęt  |  Gitary  |  KRONIKA