Marek Raduli - czytenia: 
 teksty, artykuły i wywiady
Się dzieje CZYTELNIA SPRZĘT GITARY PŁYTY GALERIA Po godzinach
Czytelnia - wywiady i rozmowy


Rozmówcą rozgadanego przed szerszym audytorium Marka Raduli był Jerzy Szczerbakow
(RadioJAZZ.FM / JAZZPRESS), który także spisał wszystkie wypowiedzi.
Tekst poniższy został zredagowany na podstawie tego źródła wyłącznie na potrzeby Marka witryny
przez redaktora tych stron (jkw) pod koniec 2015 r. [tytuł i śródtytuły od redakcji]


"trzeba dużo słuchać"

DO MŁODYCH PRZYJACIÓŁ MUZYKÓW…

  (...) Zmienia się nomenklatura, zmienia się semantyka, zmieniają się określenia. Projekty, przestrzenie - to wszystko jest wynik czasów i tego jak się ludzie komunikują. Współczesność wymaga nowego języka, zatem projekty to nic innego jak zespoły lub zbiory ludzi, którzy się dogadują na współpracę. Ja jestem jeszcze z tamtego stulecia i w dalszym ciągu lubię czytać książki, lubię spotykać się na próbach z grupą przyjaciół, z którymi umawiamy się że będziemy wspólnie rozwijać jakiś pomysł. Chodzi o to żeby się spotkać, pomuzykować i podzielić się radością. (…)

  Na poziomie tym arcypodstawowym, czyli domów kultury, działa to właśnie tak: zbiera się grupa przyjaciół, z reguły młodzieży licealnej czy nawet gimnazjalnej, bo w dalszym ciągu istnieje ta potrzeba podstawowa, jaką jest: "zróbmy coś, cudownie, przyjaźnimy się, ty grasz na gitarze, ty będziesz grał na basie, ty na perkusji". "Ale ja nigdy nie grałem". "Nie szkodzi, będziesz grał, zobaczysz, jakie to fajne - bo zakładamy zespół". Tam cały czas jest ten "spontan", a wiem to choćby stąd, że bardzo często uczestniczę we wszelkiego rodzaju konkursach, gitariadach, przeglądach, gdzie startują ci najmłodsi. Nie mówię tu o tych programach formatowych telewizyjnych, które robią - i tu mogę polemizować, jeżeli ktoś się nie zgadza - dużo dobrego. W tych domach kultury, w małych miasteczkach - a wręcz czasem na wsiach - dzieją się rzeczy, które potem widzimy w tych w programach gdzie niejednokrotnie ta młodzież już przeszła jakieś preselekcje, już gdzieś się odważyła wystąpić, na jakiejś akademii czy festynie. ‘A, no to teraz spróbujemy jeszcze w "Szansie na sukces" albo czymś takim..’. Często mam przyjemność obserwowania różnych młodych ludzi, gdy stawiają swoje pierwsze kroki. I widzę ich dwa, trzy lata później, jak stawiają kolejne w programach telewizyjnych, a już największą przyjemność czerpię z tego, że nie tak rzadko widzę swoją młodzież (powiem bez cienia kokieterii - widzę swoich wychowanków), którzy pracują zawodowo. Kolegów po fachu, tak. Konkurencja depcząca mi po piętach (śmiech). (…)

  To jest powołanie, to jest taki dług, który się spłaca, Ja przynajmniej czuję taki dług wobec młodych ludzi, bo mnie osobiście również wielu starszych kolegów pomagało. (Np.) Bodek Kowalewski, który mi również pomagał swego czasu. Starszy kolega z grupy Maanam, basista, wspaniały człowiek, spędziliśmy niegdyś fajny czas. Miałem okazję doświadczać różnych, ważnych chwil gdy odbierałem bezcenne ‘wykształcenie’ od ludzi z którymi pracowałem: Tadeusz Nalepa albo Krzysztof Krawczyk, to są [ci moi] starsi koledzy, którzy poświęcali mi swój wolny czas. (…)

  Wracając do idei zakładania zespołów i tego co zwiemy tym drugim poziomem. Ten drugi etap to jest już ta sytuacja w której niektórym się udało. Ale co się dzieje? Nie będziemy już robić prób za darmo, bo robimy karierę i zarabiamy pieniądze, mamy dookoła dziewczyny i ‘wszystko w życiu’. Ale bywa różnie; nie zawsze osiągają cel i karierę robią ci, którzy posiedli warsztat i opanowali swoje instrumenty. Często jednak ci którzy grają lepiej, nie osiągają sukcesów. Tutaj nie ma reguł, nie trzeba być wirtuozem, nie trzeba kończyć akademii. Trzeba mieć coś w sobie i dużo szczęścia, dużo dobrych prądów nad swoją głową, żeby trafić w odpowiedni czas, w odpowiednie miejsce i żeby zrobić to co potocznie nazywamy karierą. (…)

MUZYKA MOJA MIŁOŚĆ

  Nie można się wyuczyć miłości do muzyki. Można wyćwiczyć substancję, którą się posługujemy, ale to nie oznacza miłości do muzyki. To po prostu to jest taki dar. Ja uważam, że to jest cudowny dar, który każdy z ludzi, obojętnie czy to jest muzyka, czy to jest fotografika, czy to jest malarstwo, jakakolwiek dziedzina wyrażania się, chodzi o sposób ekspresji, sposób przekazywania swoich emocji za pomocą wybranych środków. Muzyka jest jedną z Muz, zatem jest to jeden z elementów; tych elementów jest prawdę mówiąc nieskończona ilość. Ktoś może robić świetne figurki z kartoników czy serwetek. Ktoś się wyraża za pomocą muzyki, ktoś za pomocą słowa, ktoś za pomocą obrazów... Miłość to miłość. To jest pewien dar, którego nie wolno zmarnować, któremu trzeba służyć, trzeba być pokornym i trzeba to rozwijać. (…) Muzyka jest niczym innym jak zbiorem myśli, redagowanych za pomocą dźwięków. (…)

  Często myślę o tym, że są rejony świata – umownie mówiąc południowoamerykańskie - w których granie samby czy bossa-nowa jest czymś absolutnie naturalnym. Tam muzyka inaczej pulsuje. ‘Dwa’ i ‘cztery’ to jest puls kompletnie nieobecny w muzyce europejskiej. Bierze się to z tego, że wszystko co jest u nas związane z rytmem jedzie RAZ, dwa, TRZY, cztery… Na przykład Wagner... Nie mówię już o naszych pięknych pieśniach, które są wykonywane w kościołach, bo one są w ogóle pozbawione pulsu. Tam chodzi o to aby podążać. Uwielbiam podążać co niedzielę i uważam, że gdyby nie te piękne melodie być może nie zostałbym muzykiem, bo zawsze od małego brzdąca stałem tam gdzie był organista, bo chór podążał za nim. Tymczasem "dwa - cztery", czyli pulsacja zupełnie naturalna dla muzyki świata, rozrywkowej, bluesowej, jest kompletnie "pod włos" dla muzyki ‘białej’ – zachodniej, europejskiej. To bardzo ciekawe… (…)

  Muzyk to jest [też] zawód. Natomiast artysta to jest powołanie. Muzykiem można zostać nie będąc artystą. Muzykiem się jest, a artystą się bywa. Czyli można wyćwiczyć rzemiosło, bo jest szereg przykładów w których rodzice wysyłają dziecko ‘na nauki’ już od szkoły podstawowej. Idzie uczyć się na fortepianie albo akordeonie i kompletnie nie ma na to ochoty, ćwiczy i męczy się z teorią. Kończy tę podstawówkę po pięciu latach. To dziecko czyta nuty, potrafi coś zagrać, jakąś sonatinkę czy coś innego, ale widać, że muzyka go nie wciągnęła. To jest przykład kształcenia rzemiosła - tak jak można się nauczyć czytać, pisać, a nie być poetą, albo nie być pisarzem. Natomiast szkoła jest po to, żeby ewentualnie zdiagnozować możliwości, talent i predyspozycje człowieka i z takich właśnie młodych ludzi, którzy startują bardzo szybko, dobrzy profesorowie są w stanie wyłuskać te perełki, które potem kształcąc się dalej mogą zabłysnąć na konkursach czy festiwalach...

[All that] JAZZ

  Ja jestem fanem jazzu, ale jako słuchacz. Słucham jazzu znacznie dłużej niż zajmuje się zawodowo muzyką. Absolutnie nie powiedziałbym o sobie, że jestem jazzmanem. Znam jazzmanów, miałem przyjemność pracy z nimi, i wiem jaka jest różnica między ich sposobem kojarzenia i myślenia o muzyce a moim, chociaż pewne zbieżności nas łączą. Mianowicie jazz to muzyka improwizowana, i ogólnie rzecz biorąc ja jestem muzykiem improwizującym. Czyli niekoniecznie przygotowuję jakieś skomplikowane struktury muzyczne i po czym je odtwarzam, chociaż tą umiejętność musiałem posiąść, ale uwielbiam improwizować, czyli zrobić coś z niczego. Mamy wtedy do czynienia z tak zwanym przepływem myśli, co nazywam swobodnym improwizowaniem.

  Jestem zatem muzykiem improwizującym niekoniecznie jazzowo, niekoniecznie rockowo czy jakoś tam, ale koniecznie na żywo w sensie "tu i teraz" na skutek czegoś co się nowego pojawia, dzieje w danej sytuacji. Jak słucham publiczności, to myślę w jakiej to może być tonacji, jak klaszcze - już mam ochotę podchwycić ten pojawiający się rytm. To jest tzw. nadczynność, chociaż nie jestem ADHD-owcem to mimo wszystko staram się korzystać z dobrodziejstwa jakim jest możliwość bycia zarażanym elementami twórczymi. Wszyscy znamy płytę Stevie Wondera gdzie utwór "Isn’t she lovely" zaczyna się płaczem dziecka. Wszystko może być inspirujące, szukam tego jako muzyk improwizujący, kocham tego typu zjawiska, czyli cały ten zgiełk, czyli jazz... (…) Kiedyś muzyka rock'n'rollowa rządziła się właśnie takimi prawami i muzycy improwizowali po prostu bez ograniczeń, a jeden utwór trwał kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut, bo solówki rozwijały bez ograniczeń… (...)

"MY WAY"

  Ja wywodzę się z jeszcze innego nurtu - do szkoły muzycznej trafiłem z dużym opóźnieniem i z dużą dozą nieufności, natomiast instrumenty były mi bliskie od dzieciństwa: cokolwiek gdzieś widziałem – bębenki, piszczałki czy klawisze (jak akordeon). Mój ojciec był grajkiem, w związku z czym w domu były instrumenty. Gitary są instrumentami, które poznaję i będę poznawał do końca życia, czerpiąc z tego powodu masę radości. Ale jako ciekawostkę powiem, że jestem perkusistą z wykształcenia i z powołania! Będąc jednocześnie zaciekawiony gitarą, zetknąłem się z czymś tak okropnym jak metal (struny) i zdałem sobie sprawę, że na tym wyjątkowym instrumencie da się jednocześnie wydobyć melodię, rytm i harmonię. I to jest fantastyczna historia, dlatego, że daje to dość duże możliwości, a zarazem jest męczącym wyzwaniem dla człowieka który kocha rytm. A ja kocham rytm... (…)

  Lubię [także ćwiczenie i kontakt z instrumentem], bo to jest wspaniała, wciągająca przygoda. Uwielbiam ćwiczyć! (…) Nigdy [jednak] nie byłem zwolennikiem uporczywego ćwiczenia techniki, ponieważ ja nie mam inklinacji wirtuozerskich. Znam wspaniałych wirtuozów: Jacek Królik, Marek Napiórkowski. Miałem przyjemność pracować blisko z Wojtkiem Pilichowskim - znamy się od dwudziestu lat! Tworzyliśmy razem  trio [Pi-eR-2], trzech zupełnie opętanych gości: ja z Wojtkiem i jeszcze do kompletu bębniarz Tomek Łosowski, syn słynnego kompozytora z grupy Kombi z pierwszego składu. Naprawdę jest niebezpieczny (śmiech)! Wspaniały młody człowiek, wyedukowany, doskonale wyszkolony. To trio funkcjonowało to przez dziesięć lat i napatrzyłem się na tych wirtuozów. Musiałem bardzo mocno pracować żeby im dorównać, bo tworzyliśmy wspólny front. Każdy miał swoje miejsce, ja byłem od tych sonorystycznych sytuacji, od - że tak powiem - tworzenia ambientu dla wspaniałych popisów Wojtka i Tomka. (…) To są tytani. Oni muszą ćwiczyć, żeby osiągnąć najwyższą sprawność i żeby ją utrzymać, ale mnie muzyka wirtuozerska nigdy nie interesowała. Każdy w młodości ma tą determinację żeby się wykazać i zdobyć możliwie wysoki poziom komunikacji z instrumentem, i ja też włożyłem w to masę pracy. Dzisiaj jednak interesuję się muzyką od tej innej strony, bardziej emocjonalnej. Emocje w muzyce prowadzą do ‘oświeceń’ - czyli np. zamiast lawiny dźwięków jeden, ale ten ważny. (…) Są także tacy [muzycy], dla których kompletnie nie ma znaczenia jaki biorą do ręki instrument, bo na wszystkim coś zagrają, wydobędą muzykę. Pozwolę sobie przytoczyć wyjątkowy przykład człowieka, z którym mam przyjemność blisko współpracować od ponad dekady: Krzysztof Ścierański. Czego nie dotknie, będzie to grać, komputer czy wiadro z wodą, gra muzykę. Po prostu są tacy ludzie, [prawdziwi artyści]... (…)

WARSZTATY

  Gdy miałem 18, czy niespełna 19 lat, pojechałem na weryfikacje ministerialne jako najmłodszy instruktor z niewielkiego domu kultury, moim marzeniem było nauczać. Dlaczegóż to? Ponieważ przekazując wiedzę ma się obowiązek samemu się kształcić i to jest jedyny element, który jest "perpetuum mobile", czyli kwestia przekazywania wiedzy musi być związana z tym, że sam musisz się rozwijać. Żeby pomagać komuś sam musisz wiedzieć, musisz mieć zaplecze. Dla mnie warsztaty są naturalnym elementem samodyscypliny, bo przecież jestem leniem. Jak wielu ludzi zdolnych, mówię to też o moich kolegach, najchętniej byśmy leżeli: "Bozia dała, fajnie, super, akordy już się poznało, tam troszeczkę się zarobiło, poleżałoby się, kurcze, no fajnie by było pójść do kina". W momencie kiedy są warsztaty i mamy do przekazania jakąś myśl, jakąś ideę, jakąś sytuację, to trzeba się do tego przygotować, a żeby się do tego przygotować, to trzeba usiąść, nauczyć się samemu, zrozumieć, przeczytać, wyćwiczyć, dopiero można się dzielić. Bez tego warsztaty nie mają sensu. Bez tego nie ma też samorozwoju, bo mnie by się nie chciało grając tę jedną melodię przez lata, robić jakąkolwiek inną. Gdyby nie ten wewnętrzny przymus, że od osiągnięcia pełnoletności sam się utrzymywałem pracując jako instruktor w domu kultury, prowadząc młodszych od siebie kolegów, a czasami nawet starszych, ucząc dzieci grać na gitarze czy na perkusji, wprowadzając w tajniki rytmiki - cudowny, cudowny przedmiot! Rytmika! Jakbym miał powiedzieć, że jesteśmy w stanie błyskawicznie stworzyć zespół korzystając tylko i wyłącznie z jednego narzędzia jakim będzie nasza prawa lub lewa noga to będziemy w domu: wszyscy wykonując coś takiego – tupanie. Spróbujmy, znakomicie, genialnie – od tego momentu jesteśmy zespołem. A teraz proszę zrobić tak … Tupanie, klaskanie. OK. I tu już się zaczynają schody, bo tu jest chaos: noga nie w tym miejscu, ręka nie w tym miejscu, już nam się zaczyna plątać. A jak to było na raz dwa trzy cztery… jakby się tak zastanowić… I moją rolą jest, szczególnie u tych najmłodszych dzieci, które nigdy nie miały z czymś takim do czynienia, pokazać jak to może działać.

  Kiedyś zaszokowało mnie zjawisko, które mnie osobiście dotknęło, gdy moja córka była w pierwszym roku gimnazjum. Jakież było moje zdziwienie gdy ona przyniosła mi do nauczenia się Bogurodzicę. Po prostu nie wiedziałem czy klęczeć na grochu, czy coś mi się stało z głową. To jest zadanie dla studentów, dla zaawansowanych umysłów, tam nie dość, że nie ma metrum, to podziały są bardzo skomplikowane! Zacząłem się nad tym głęboko zastanawiać i postanowiłem kontynuować pracę z młodzieżą, z dziećmi które po prostu nie potrafią klaskać. Muzyka to są trzy elementy: rytm, harmonia i melodia. To jest podstawa! Rytm porządkuje wszystko, harmonia określa klimat (wesoły albo smutny), i melodia, którą można przynajmniej zanucić. I to są te trzy elementy, które trzeba poznać, żeby móc się swobodnie wysławiać muzycznie. Jeżeli dzieci zaczynają od Bogurodzicy… Jakby mi ktoś zadał pytanie czy umiem zanucić pierwsze cztery takty Bogurodzicy, to bym powiedział – absolutnie nie! Coś mi dzwoni, ale jak zacząłem rozczytywać te nuty, to naprawdę byłem przerażony. I te dzieci też są tym przerażone.

  Jeżdżę po warsztatach, pomagam młodym ludziom w uporządkowaniu chaosu, który wynika z tego, że rzeczywiście przez wiele lat nie było dobrego kształcenia poza szkołami muzycznymi, w których mamy fachowców. Ale to są takie placówki malutkie, dla wybranych, a cała rzesza młodych ludzi kompletnie nie wie co i jak, ale chcą grać i karierę muzyczną chcą robić. ‘Ktoś w telewizji zrobił karierę, to i ja też pójdę’ - a potem rezultat jest taki, jaki jest… Jak chcesz tę karierę zrobić? ‘No nie wiem jak, obojętnie…’. No to jeżdżę z tym ‘kagankiem oświaty’. Jest bardzo wielu wspaniałych ludzi i moich kolegów, którzy jeżdżą po różnych ośrodkach, gdzie odbywają się różnego rodzaju warsztaty muzyczne, gdzie się spotykamy na tydzień, na parę dni, na parę godzin i że tak powiem 'rozkminiamy' zagadnienia muzyczne. Dzielimy się jednocześnie świadomością tego, że to jednak jest wynik ciężkiej pracy, a nie tylko i wyłącznie wyobraźni, że "będzie czadowo, no zobacz, ten i ten w internecie! no zobacz, zobacz: kariera, bo przycisnął jakiś tam guziczek w jakimś tam sprzęciorze czy czymś!" – to ma krótkie nogi. I to jest moja pasja, nie tylko dlatego żeby się wymądrzać, tylko po to aby się rozwijać, bo to mnie zmusza do własnej pracy.

"Z HISTORII POLSKIEGO ROCKA…"

JS: Słyszałem o pewnym noclegu w twojej ładzie pod klubem Pinokio w Szczecinie… [Marek i Wojtek Pilichowski przegadali kiedyś całą noc w samochodzie na parkingu, chociaż czekał na nich hotelowy pokój – przyp. jkw]

MR: To słynna historia… Opowieść, która za nami podąża, z czasów tej burzliwej młodości, kiedy zaciekle jeździło się grać choćby na koniec świata. Ja nadal codziennie jeżdżę swoim samochodem. Nie jeżdżę busami. Pracowałem w paru firmach typu Budka Suflera, Bajm, Wanda i Banda. To były czasy kiedy było obowiązkowe jeżdżenie busem z zespołem, ale to nie zawsze działało dobrze. Jednak końcówka tamtego wieku w muzyce była bardzo interesująca... To co nas napędzało wtedy, to młodość, determinacja dzielenia się muzyką, cynadry na Dworcu Centralnym i gorzała, czyli tzw. wódka parkingowa. I to było wszystko co mieliśmy, bo nie było wtedy tych kolorowych stacji benzynowych, autostrad i tak dalej. Polska do dziwny kraj; za dwadzieścia złotych nie da się załatwić niczego, ale za butelkę wódki wszystko. I tak to było. Ale to było ekstremalnie wyniszczające, i wielu kolegów nie dało rady, albo nie miało szans. Ci którzy przetrwali (…) walczą i próbują dzielić się swoimi emocjami i przede wszystkim nieść jeszcze pogodę ducha i radość z tego wszystkiego. Ja zawsze chylę czoła przed tymi ludźmi. Mam zaszczyt ich znać, mam przyjemność opowiadać o tych ludziach, z niektórymi czasami jeszcze pracuję.

JS: Czy, gdy pracowałeś w tych - jak ty to określasz - ‘firmach’, a wiadomo, że to były w polskich realiach topowe zespoły, za którymi szła fama pt. "sex, drugs and rock’n’roll", miałeś okres zachłyśnięcia się byciem gwiazdą?

MR: Oczywiście, to jest choroba jak odra albo ospa u dzieci. U dorosłych jest gorzej, bo to jest strasznie bolesne. Natomiast ja to przeszedłem jako nastolatek czyli w momencie kiedy po raz pierwszy zobaczyłem się w telewizji. I zwariowałem! Wyszedłem ‘na miasto’ (mój Kędzierzyn Koźle) i chciałem dzielić się tym ze światem... To przedziwna miejscowość, dlatego że jest dokładnie na pograniczu dwóch światów, Śląska Opolskiego i Górnego Śląska, tam gdzie się wszystko zmienia. Tam jest wszystko inne: śląski język jest cudowny, gwara śląsko-opolska jest inna. Tam są wokół dwuczłonowe nazwy polsko-niemieckie... Taki obszar TRANS. I z tego miasta po raz pierwszy mnie, młodego człowieka, rzuciło na srebrny ekran, do telewizji. No, proszę Państwa!... Miałem szanse na telefon od razu. Od razu na dzień dobry, jak mnie zobaczył świat mojego miasta w telewizji w zespole Banda i Wanda, to się nazywało Giełda Piosenki, to wiadomo było że muszę mieć telefon! No przecież trzeba się kontaktować ze światem, przecież ktoś mnie musi do tej telewizji wzywać! Normalnie czekało się piętnaście lat na instalację (to dla tych którzy nie wiedzą, jak było). Ja rzeczywiście zdobyłem ten telefon i miałem szansę już po roku na dodatkowy metraż - bo "artysta" musi mieć dodatkowe kilka metrów dla rozwijania swojej twórczości. To były właśnie takie sytuacje, takie czasy. Na przykład trzeba było mieć zaświadczenie, czyli ‘papiery’. "To Pan coś grasz? Wszyscy tu grają. Aaa! Pan z telewizji? A to co innego, Panie Marku, załatwione!...". To w tym czasie miałem okazję chwilę zachłysnąć się tym, że różne drzwi są otwarte lub do sforsowania, w urzędach panie się uśmiechają, wszystko jest super!

  Natomiast bardzo szybko się to kończy w momencie, gdy ta twoja powierzchowna ‘kariera’ się kończy; gdy nie ma cię w telewizji. Proste. Nie wtedy, gdy wciąż ciężko pracujesz, bo przecież dużo grasz, tylko wtedy gdy nie ma cię w telewizji, bo to znaczy, że cię nie ma... To tak jak teraz kogoś nie ma w internecie, to znaczy, że nie istnieje. I takie zderzenie to była [dla mnie] Banda i Wanda. To że potem nagrywałem jako muzyk sesyjny większość płyt lat 80. na zmianę z Jankiem Borysewiczem i paroma innymi gośćmi, którzy pracowali jako sidemani na płytach wielkich wybitnych artystów, i siedziałem w studio i nagrywałem rzeczy super, nie było istotne. W telewizji mnie nie było, a wtedy wszystko się skończyło i zimny prysznic przyszedł natychmiastowo. Inny pułap jest w momencie gdy gra się naprawdę w topowym zespole, który jest Numerem Jeden, a był taki okres w moim życiu kiedy to rzeczywiście ta melodia [tutaj Marek gra słynny riff z "Takiego Tanga" Budki Suflera - przyp. JS] otwarła mi parę furtek… (…) To jest niebywała historia, bo właśnie kiedy się pojawiło "Takie tango" i miałem okazję pracować i współtworzyć w tej firmie (Budka Suflera), to do naszego kraju właśnie przybywał ten wielki biznes komórkowy, świat banków, sponsoringów, kolorowych obrazków. A w rozrywce na szczycie szalał ten zespół, ulubieniec "szerokiego grona" odbiorców. Super, ja to sobie chwalę, bo miałem okazję widzieć nieprawdopodobne zjawiska, których już dzisiaj nie ma. A miałem właśnie taką fazę, że gdy się zaczęły te wszystkie ‘eventy’ to ja zrobiłem zwrot życiowy i odłożyłem wszelkie używki. Po prostu chciałem mieć czysty, żywy umysł, który to wszystko zaobserwuje, który nie płynie z tą falą… Miałem "czysty procesor" i widziałem wchodzący jak walec przemysł i biznes - właśnie grając tę melodię. I w pewnym momencie przestałem ją grać, bo to stało się już męczące i trudne. Można grać jedną melodię do końca życia, przy założeniu, że można zagrać jeszcze inną. Jeżeli nie ma takiej możliwości, to człowiek się zastanawia: "albo będę grał tę melodię tylko i wyłącznie i patrzył na to co już widziałem tysiąc razy, albo nie będę grał tej melodii, w związku z czym pewne sytuacje się kończą definitywnie i będę szukał innych melodii, bo przecież jest przecież wiele melodii, a nie tylko ta jedna". Wybrałem ten trudniejszy wariant, tak by to można nazwać... (…)

JS: Podjąłeś wybór pomiędzy "być albo mieć"?

MR: Tak, ale mówię o sytuacji spadania z tak zwanego piedestału popularności, bo jeżeli zespół sprzedaje w ciągu trzech dni trzy pełne Spodki [hala widowiskowa w Katowicach – przyp. jkw], dzień po dniu z wolnej sprzedaży, nikt nikogo nie zmusza, to znaczy że zespół jest naprawdę popularny. Przynajmniej popularny, a Budka była swego czasu na tyle popularnym zespołem, że pozwalała sobie na granie stadionów, które zapełniała nie na zasadzie sprzedaży ryczałtowej w zakładach pracy tylko z wolnego wyboru publiczności, która przychodziła na, żeby zobaczyć ten skądinąd przedziwny zespół. Ciekawe, bardzo ciekawe - jak patrzę na to dzisiaj. Tak że zrobiłem to odcinając się od takiego – powiedzmy - szczytu, gdy do wykoszenia jest jeszcze bardzo dużo pieniędzy na tej jednej melodii. Mija dziesięć lat koszenia, aż nagle człowiek odpuszcza. To może zaboleć, ale dzięki temu dzisiaj mogę grać inne melodie. Nie powstałyby na pewno, gdyby nie to że miałem czas dla siebie, a w momencie gdy pracuje się w "firmie" tego czasu jest niewiele. (…)

P.S. [dwa największe kłamstwa gitarzystów i jedna rada]

  Jak chcesz żeby gitarzysta przestał grać to mu połóż nuty (śmiech)! Na pewno przestanie grać! Gitara jest jednym z najtrudniejszych instrumentów, jeżeli chodzi o czytanie nut. Klawisze są takie same, w tych samych odległościach i tak dalej, wszędzie gdzie przyciśniesz będzie to samo. Tutaj wszędzie gdzie przyciśniesz jest zupełnie co innego…

  My gitarzyści [podobno nie umiemy grać cicho] – rzeczywiście gramy głośno. Oczywiście nie wtedy, kiedy gramy standardy. Przygotowałem na potrzeby warsztatów zestaw prezentacyjny, taki mówiący nam o tym, że gitara - ta taka klasycznie młodzieżowa - to jest instrument, który wytwarza bardzo dużo zniekształceń. Jeżeli robi to osoba niekompetentna to jest to koszmar. Trzeba nad tym zapanować. Im głośniej gitara gra, tym zniekształcenie robi się coraz bardziej wyraźne, więc żeby uzyskać dobrą jakość tego zniekształcenia potrzebna jest moc. Cicho też można – coś tam rzęzi, coś tam słychać, ale nie wiadomo co. W momencie kiedy podkręcamy ilość watów – przepraszam wszystkich - ta gitara robi się coraz bardziej wyrazista i sugestywna. To jest wynik tego, że aparatura gitarowa ma taką specyfikę, że jeżeli gramy bez "przesteru" naszą ulubioną melodię, to ona się broni. W momencie kiedy byśmy na tej samej mocy zrobili jakieś zniekształcenie, czyli tzw. "przester", to się robi niewyraźnie. Dopiero moc powoduje to, że ta melodia ze zniekształceniem robi się "jakaś". Krótko mówiąc: można grać ze zniekształceniem, czyli  z "przesterem", cicho, ale robi się nieprzekonywująco i niefajnie. Czyli gitarzyści rockowi grają głośno po to, żeby mocno powiedzieć: jestem, proszę mnie tu słuchać, jeżeli nie chcesz to i tak będziesz musiał. Natomiast gitarzyści jazzowi nie muszą tego robić, bo operują innymi środkami, ta barwa tzw. jazzowa jest przyjemna, to jest bardzo wygodne, ale też na stadionie by nie zrobiło nic, zero efektu. (…)

  [Druga przypadłość gitarzystów] (…) to [solówki]. Solo to jest ten niejednokrotnie pierwszy element dla którego się bierze gitarę. Nie po to, żeby coś tam ścibolić, dłubać jakieś podkłady, ale po to żeby wyjść do przodu, zagrać solo i uwieść publikę! ‘Co, ja mam stać z tyłu i coś tam dziugać, muszę solo, teraz ja’. To o to chodzi! Ciekawostką jest, że jest taka szkoła grania tzw. funkowego, gdzie gra się tyko i wyłącznie podkłady, w ogóle bez solówek, szczególnie u Jamesa Browna. Gitarzyści w tego typu czarnych orkiestrach jak u Prince'a, w muzyce czarnej, grają akompaniująco. I są tacy goście, którzy potrafią czerpać z tego radość, bo to rzeczywiście jest przyjemne. Ale z reguły jak przyjeżdża młodzież na warsztaty, to co chce grać? Chcą grać solo (kiedyś to się nazywało nawet ‘gitara prowadząca’), rzadko się zdarza się taki ktoś, kogo by interesowało granie akordów. Jedziemy solo "Schody do nieba" i tak dalej. To jest naturalne i nie ma w tym nic złego. Tylko to jest tak, że zawsze wiąże się z tym, że trzeba się cofać do podstaw, bo jeżeli zaczyna się od granie na gitarze od solówek, to tak jakby się chciało wybudować dom od dachu. Fantastyczna idea, tylko że nie ma szans żeby to się udało. Oczywiście można sklecić jakieś rusztowanko liche i od razu kryć, wiechą wieńczyć, ale to się nie zgodzi. Tak właśnie wygląda warsztatowa praca, że trzeba pokazać młodzieży, że "zaraz, zaraz, ale w jakiej to grasz tonacji? W czym?". Więc powściągam te młodzieńcze zapędy… Bo żeby samemu coś zagrać ‘do sensu’ – trzeba dużo słuchać, co grają inni...


Rozmówcą rozgadanego przed szerszym audytorium Marka Raduli był Jerzy Szczerbakow
(RadioJAZZ.FM / JAZZPRESS), który także spisał wszystkie wypowiedzi.
Tekst powyższy został zredagowany na podstawie tego źródła wyłącznie na potrzeby Marka witryny
przez redaktora tych stron (jkw) pod koniec 2015 r. [tytuł i śródtytuły od redakcji]



(opracowanie - jkw)

Co się działo - na osobnych stronach, rok po roku - szukaj w  Kronice wypadków muzycznych...
 góra strony
<<<  Strona główna witryny Marka Raduli  |  Mapa witryny  |  Sprzęt  |  Gitary  |  KRONIKA